WIADOMOŚCI

Wiadomości z Londynu

Wiadomości

← Wróć do wiadomościWiadomości · ⌖ UK

Blokada w porcie? Co naprawdę dzieje się z małymi łodziami w Wielkiej Brytanii po protestach w Portsmouth i Dover

Opublikowano: · Aktualizacja:

Czy Wielka Brytania blokuje wyładunek migrantów w portach?

Protesty w Portsmouth i Dover rozgrzały sieć. Jedna teza wraca szczególnie często: że w porcie służby celowo nie pozwalają ludziom zejść na ląd. Sprawdzamy, co się naprawdę wydarzyło i jak wygląda oficjalna procedura.
W nocy z niedzieli na poniedziałek przy Eastney Landing w Portsmouth zebrały się setki osób. Część w maskach i czarnych ubraniach, część zwykłych mieszkańców. Blokowali drogi, żeby autokary z ludźmi, którzy kilka godzin wcześniej zeszli z łodzi ratunkowej, nie wyjechały z miasta. Policja ustawiła kordon przy autobusach. Padł rozkaz rozproszenia. Uszkodzono pojazdy, kilku funkcjonariuszy odniosło obrażenia. Autokary i tak wyjechały nad ranem. Dzień wcześniej podobna scena rozegrała się przy porcie w Dover.
W mediach społecznościowych szybko pojawiło się wyjaśnienie, które brzmi prosto i ostro: Brytyjczycy w porcie „blokują”, żeby nielegalni imigranci nie mogli zostać wyładowani. Innymi słowy — skoro nie zejdą na ląd, nie wejdą do systemu. To zdanie krąży od dawna. Weekend w Portsmouth akurat nadaje mu konkretny obraz. Problem w tym, że obraz i procedura to dwie różne rzeczy.
Łódź, o którą poszło, wcale nie płynęła klasyczną trasą Calais–Dover. Wystartowała znacznie dalej na zachód, z okolic Zatoki Sekwany koło Cherbourga. Przeprawa trwała około dziesięciu godzin. Dowiezienie ludzi do Dover dodałoby kolejne cztery–pięć godzin i odciągnęłoby łodzie ratunkowe z ich zwykłego rejonu. Border Force i Coastguard sprowadzili grupę — około 140 osób — do Portsmouth. Zostali wyładowani. Protest nie zatrzymał zejścia na ląd. Protest próbował zatrzymać to, co dzieje się potem: wywózkę do ośrodka, w którym zaczyna się przetwarzanie.
To ważna różnica. Oficjalna linia brytyjska od lat nie brzmi „nie schodzą na brzeg”. Brzmi odwrotnie. Gdy mała łódź dotrze do wód Wielkiej Brytanii, w ogromnej większości przypadków zostaje przechwycona. Raport Border Security Commander za rok 2025/26 podaje, że dotyczy to 99,9 proc. takich jednostek. Pierwszy obowiązek to ratunek — konwencja SOLAS, hipotermia, poparzenia paliwem, łodzie napchane ponad miarę. Gdy sytuacja jest bezpieczna, ludzi sprowadza się na ląd. Tam dopiero robi się kontrole: tożsamość, biometria, wywiady, sprawdzenia bezpieczeństwa. Nazywa się to controlled arrival. Nie zostawia się ich na redzie w nadziei, że problem sam odpłynie.
Dlatego teza o „trybie portowym”, w którym służby celowo nie pozwalają nikogo wyładować, nie znajduje potwierdzenia w tym, co rząd i Border Force faktycznie robią. Inna sprawa, że część ludzi właśnie tego by chciała. I że opozycja składa propozycję, która idzie znacznie dalej.
Reform UK od sierpnia mówi o Operation Fortress. W skrócie: flota w Kanale, przejęcie każdej nieautoryzowanej jednostki, zawrócenie do Francji. Najchętniej wyładunek w francuskim porcie i przekazanie tamtejszym służbom. Jeśli Paryż odmówi — jak twierdzi partia — Royal Marines mieliby sprowadzić ludzi na ten sam brzeg, z którego rano wypłynęli. Hasło jest twarde: ani jeden nielegalny imigrant nie ma dotrzeć do Wielkiej Brytanii. To jest program wyborczy, nie obowiązująca praktyka. Dziś ludzie z małych łodzi lądują po brytyjskiej stronie, a nie wracają na francuską plażę.
Rząd laburzystowski, od 20 lipca z Andym Burnhamem w Downing Street, idzie inną drogą. Płaci Francji za patrole na plażach. Próbuje psuć łańcuch dostaw pontonów i silników. Wprowadził nowe przepisy przeciwko tym, którzy pilotują łodzie i narażają życie na morzu. Od sierpnia 2025 działa też pilot „jeden za jednego” z Francją: część osób, które dopłynęły small boatem, wraca do Francji, a Wielka Brytania przyjmuje porównywalną liczbę ludzi legalną ścieżką. Do czerwca 2026 było to nieco ponad tysiąc odesłanych i nieco ponad tysiąc przyjętych. Przy dziesiątkach tysięcy przepraw w tym samym okresie wychodzi kilka procent. Umowę już raz poprawiano, bo część odesłanych próbowała wrócić ciężarówką.
Liczby z tego roku są przy tym mniej dramatyczne niż rok temu, choć nadal duże. Od 1 stycznia do 1 września 2026 Kanał przekroczyło około 16,5 tysiąca osób. To spadek o mniej więcej 43 procent wobec tego samego okresu 2025 i najniższy wynik o tej porze roku od kilku lat. W roku kończącym się czerwcem 2026 było 33,4 tysiąca przyjazdów. Jednocześnie łodzie są coraz pełniejsze. W sierpniu średnia zbliżyła się do 77 osób na jednostkę. Przemytnicy odpowiadają na presję wokół Calais większymi pontonami i nowymi punktami startu. Portsmouth w tę niedzielę wygląda właśnie na taki test.
Tego dnia łącznie do Wielkiej Brytanii dostało się 625 osób na ośmiu łodziach — do Dover i do Portsmouth. Rada miasta w Portsmouth powiedziała wprost, że nikt jej o lądowaniu nie pytał i że miasto nie jest do tego przygotowane. Home Office odpowiedział potępieniem „zastraszającego i bandyckiego zachowania”, ale potwierdził prawo do pokojowego protestu. Cień ministra spraw wewnętrznych z Konserwatystów, Chris Philp, uznał sceny za wyraz złości na to, że łodzi nie udało się zatrzymać. Lokalni radni Reform mówili, że na miejscu byli też zwykli mieszkańcy, nie tylko „bandyci w maskach”.
Zostaje więc nie jedna prawda, tylko kilka warstw, które łatwo skleić w jeden slogan. Służby sprowadzają ludzi na ląd, bo tak każe im ratunek na morzu i obecna polityka. Część społeczeństwa chce, żeby w ogóle nie schodzili. Rząd pokazuje spadek przepraw i umowę z Francją. Opozycja mówi, że to za mało i że jedyne, co zadziała, to zawracanie jeszcze na wodzie. Przemytnicy już przesuwają trasę na zachód. A w Portsmouth i Dover ludzie blokują drogi, bo mają dość widoku autokarów wyjeżdżających z portu w głąb kraju.
Dla Polonii w Londynie i w całej Wielkiej Brytanii to nie jest tylko news z Kentu. Presja na hotele, mieszkania i służby nie zatrzymuje się na wybrzeżu. Presja na hotele, mieszkania i służby nie zatrzymuje się na wybrzeżu. Warto jednak oddzielić to, co naprawdę robi państwo, od tego, co ktoś chciałby, żeby robiło. Dziś Wielka Brytania nie prowadzi polityki „nie wyładowujemy, żeby nie weszli”. Wyładowuje, sprawdza, część odsyła do Francji. Pytanie, które zostaje po tym weekendzie, jest inne: jak długo ten model utrzyma się, skoro łodzie zaczynają lądować tam, gdzie nikt na nie nie czekał.